Kiedy kolega rzucił od niechcenia, że aparatów to chyba nie ma co brać, rzekłem bez namysłu - to ja nie jadę... Jak to? Na Bornholm bez aparatu? Na Bornholm???
Wzięliśmy... Ja swój - jeden, kolega dwa - lustrzankę, wszystkoodporny i... kamerę? Przydały się.
Nie mieliśmy świadomości, że z promu to my niewiele będziemy obserwować. Bo jak obserwować, jak się leży z zamkniętymi oczami?:) Jeszcze w Kołobrzegu wszedłem do toalety i zdziwiłem się, dlaczego nad sedesem kartka prosi, coby woreczków foliowych nie wrzucać. O co chodzi z tymi woreczkami? Po co komu woreczek w toalecie? Że ręczników papierowych, to tak - ale woreczków...?
Dobrze, że nie wykorzystywaliśmy woreczków :)
Schodząc trapem w Nexo, już miałem dość Bornholmu, rowerów, wszystkiego. Ale cóż zrobić? Przejechać 600 km w Polsce, tyle czasu leżeć na promie i... się poddać? Nie. Pojechaliśmy w stronę Svaneke.
Planu nie mieliśmy żadnego. Jedynie jakąś wizję - jeździć do wieczora, gdzieś tam znaleźć pole namiotowe lub pokój. Jakoś to będzie... Zaczęło się! Svaneke - cudna mieścina portowa. Byliśmy krótko, nawet rundki po uliczkach nie zrobiliśmy. Bo - nie mieliśmy wiedzy, że chyba najpiękniejsza na wyspie. Bo - jak to? Tak już po paru km na rowerze, zsiadać? Kontemplować? Robić dziesiątki fotek? Nie. Chwila tylko w porcie, chwila wzdłuż trasy. Za krótko. Żałowałem później.
Potem już poszło. Gudhjem - kolejny raj ze spadkami , jak w San Francisco. No i te śledzie w bufecie...
Oj, ciężko się jechało po takim jedzeniu. Podjazdy, zjazdy, widoki. I te budki-sklepiki bez sklepikarzy. Zaufanie. Jakie to niepolskie... Jakie to duńskie? A może bornholmskie? Ktoś mi zaufał, że kupię, a nie po prostu... Ktoś mi zaufał!
W Allinge dopadło zmęczenie. Przy radosnym kościółku odpoczynek i narada. Gdzie spać? Co robić? Wyszło, że pole namiotowe. Że niedaleko. Że przy Muzeum Kamieniarstwa. Fajne. I pole, i kamieniołomy. Rano w dalszą drogę. A ta była najpiękniejsza na całej trasie! Kamieniołom z widokiem na Hammershus i Szwecję. Domki i wędzarnie przy brzegu. Świetna trasa rowerowa. Czy jeszcze jest sens jeździć po polskich ścieżkach?
Ronne wita domkami kolorowymi, wąskich uliczkami, olbrzymimi promami z Danii. Wszystko robi wrażenie. Spędziliśmy trochę czasu.
A potem z pewną obawą w głąb wyspy. Jak to - oddalać się od brzegu? Lasem, polem - przecież to i w Polsce można tak jeździć. Rytterknaegten pozwoliło usunąć obawy w cień. Panorama całej wyspy ze starutkiej wieży widokowej bezcenna. Kiełbaska z ogniska smakowała jak nigdy dotąd.
Ostatni poranek. To już koniec. Czas wracać. Ale nigdy bym nie przypuszczał, że Bałtyk może być tak czysty, jak w Dueodde. Blisko Mielna i Kołobrzegu taka plaża?
Morze, pagórki, urwiska, lasy, jeziora, plaże, kolorowe domki, uśmiechnięci ludzie, zaufanie...
Bornholm. Mój Bornholm...