• Strona główna   |   Mój Bornholm »

Relacja z Bornholmu

Dzień pierwszy 27.04.2013 - przyjazd

Do Nexo dopływamy o godzinie 11:30 i czym prędzej ruszamy na północ.

Pierwsze skrzyżowanie i szok kulturowy. Dwa samochody przez dłuuugą chwilę czekały, aż zdecydujemy się, w którą stronę chcemy jechać. Śmialiśmy się, że w Polsce w tym czasie przejechałoby co najmniej 5 samochodów.

Zatrzymujemy się kawałek za Nexo na pierwszej wypatrzonej ławce, by zjeść śniadanie. Posileni polską konserwą wojskową z chlebem ruszamy na południe wyspy na jedne z najpiękniejszych plaż północnego Bałtyku - Dueodde.

W Aakirkeby grzejemy się w zadymionym pubie, który jest jedynym otwartym miejscem w mieście.

Na pole namiotowe docieramy o 18:30. Tego wieczoru poznajemy, czym jest skandynawskie zaufanie. Podjeżdżamy do domu, wjeżdżamy na (żwirowe, ładnie zagrabione) podwórko, cieszymy się, że światło w kuchni jest zapalone. A tu niespodzianka: gospodarzy nie ma w domu. Poczekaliśmy kilkanaście minut, po czym pojechaliśmy na pole namiotowe i rozbiliśmy nasz mały obóz na obcej ziemi. Mimo całodziennej mżawki Kuba rozpala ognisko za pierwszym razem. Grzejemy się, suszymy buty i jemy. Na kolację szprotki i śledź z chlebem jeszcze z Gdańska ;)

Dzień drugi 28.04.2013 - pierwsza zimna noc

...na tyle zimna, że pierwsze budzenie następuje ok. godz. 4, a zasypiamy dopiero ok. 6, kiedy słońce zaczyna nieśmiało ogrzewać namiot.

Pierwszy wstaje Kuba, który jedzie do kościoła na 10:00. Uprzednio jedzie do naszych gospodarzy przywitać się i zameldować, że jesteśmy na polu. Radka budzą głosy obok namiotu o 10:30. To nasi gospodarze. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi gośćmi w tym sezonie, co więcej jesteśmy pierwszymi gośćmi inż. Amie i Jamesa, którzy dopiero co kupili gospodarstwo wraz z polem namiotowym. Przyszli z poprzednim właścicielem odkręcić wodę i podłączyć butlę gazową.

Kuba wraca przed 12:00, jemy śniadanie i ogarniamy rzeczy. Stelaż w namiocie uległ uszkodzeniu, naprawiamy na szybko taśmą MacGyvera. Wyjeżdżamy późno, bo o 14:30.

Plan na dziś to stolica wyspy Ronne, następnie przez Hasle pod Allinge. Przejeżdżamy przez miejscowość Nylars, gdzie oglądamy kościół rotundowy - jeden z czterech na wyspie. Stolica wyspy od samego początku wita nas drogami rowerowymi i znakami dla rowerzystów. Tutaj rower jest równoprawnym uczestnikiem ruchu drogowego. Kolejny odcinek trasy wiedzie nas wzdłuż przepięknego północno-zachodniego wybrzeża wyspy. Przewodniki piszą, że to niezwykle malownicze miejsce. Mają rację. Jedziemy skrajem wyspy, mijamy małe miejscowości portowe by nagle z 4 m n.p.m. podejść na 85 m n.p.m, bo wjechać nie da się nawet bez bagaży.

Dalej jedziemy już lasem. Zbliżała się 20:30, a o tej godzinie tego dnia zachodziło słońce, więc trzeba było nieco przyspieszyć, bo zimno i ciemności nadciągają. Kuba szybko lokalizuje na mapach google pole namiotowe oznaczone numerem 1 na mapce, na które trafiamy bez problemu.

Tym razem nie jesteśmy pierwszymi gośćmi. Obecna jest już para z Niemiec i Kopenhagi - amatorzy płaskich ścian w pobliskim kamieniołomie. Noc spędzamy przy ognisku tocząc dysputy na tematy przeróżne w różnych językach, grzejąc ciała z zewnątrz przy ogniu oraz procentami od środka :)

Nauczeni poprzednią nocą ubieramy maksymalną ilość warstw ubrań i idziemy spać.

Dzień trzeci 29.04.2013 - z toalety korzystać Wam nie wolno, płacicie normalnie

Budzimy się około 10:00. Słońce ogrzało namiot więc można wyściubić nos na zewnątrz. Nasi współkempingowicze (już po śniadaniu), pakują się i wyruszają na ścianki. My ogarniamy rzeczy i jemy "tradycyjne duńskie śniadanie" czyli polski pasztet z duńskim ciemnym chlebem ;) Dziś dla urozmaicenia ogórek oraz marchewki (fuu, witaminy). Pakujemy graty i śmigamy na zamek w Hammershus.

Największy w północnej Europie średniowieczny zamek wita nas rusztowaniami na każdej ścianie. Z powodu zimna zwiedzamy ruiny zamku w ekspresowym tempie. Z zamku jedziemy do Allinge. W lokalnym pubie wypijamy porcję kalorii i ruszamy do Olsker by obejrzeć kolejny rotundowy kościół.

Od tego momentu następuje drastyczna zmiana nawierzchni, wjeżdżamy w centralną część wyspy, której teren przypomina znajomy nam Trójmiejski Park Krajobrazowy. Lasy, leśne drogi, żwirowa nawierzchnia, podjazdy i zjazdy. Tuż przed polem namiotowym numer 4 w miejscowości Osterlars oglądamy kolejny kościół rotundowy.

Przed zachodem słońca docieramy na miejsce. Na miejscu dowiadujemy się, że pole namiotowe jest nieczynne, bo sezon jeszcze się nie zaczął. Oczywiście możemy się rozbić, ale nie możemy korzystać z toalety, bo woda nie jest jeszcze włączona. Zostajemy. Naprawiony dwa dni temu stelaż od namiotu odmówił posłuszeństwa, lecz takich jak nas dwóch nie ma ani jednego i w ciągu 15 minut problem zostaje naprawiony! Plusem miejsca było drewno na ognisko, za które nie trzeba było płacić, jedynie znieść sobie z lasu. Gdy już rozpaliliśmy nasze idealne, harcerskie ognisko tylko z naturalnych składników, zjedliśmy kolację, pogrzaliśmy się, wypiliśmy po piwku i poszliśmy spać.

Dzień czwarty 30.04.2013 - swoje smakuje najlepiej

O kolejnej zimnej nocy nawet nie będę już wspominał. Kilka dni po powrocie do domu dowiedziałem się, że temperatury w nocy, w czasie naszego pobytu na wyspie, spadały w okolice 1°C.

Poranek przywitał nas słońcem, po szybkim ogarnięciu zasiedliśmy do stołu do kolejnej konserwy i ciemnego chleba. Pedałowanie zaczęliśmy od miejscowości Gudhjem, w której odnajdujemy wędzarnię opisywaną w przewodniku. Korzystamy z opcji szwedzkiego stołu (płacimy raz za sztućce) i próbujemy wszystkich ryb przygotowanych na przeróżne sposoby, krewetek i łososia. Po obfitym wczesnym obiedzie z trudem wsiadamy na rowery. Kierowaliśmy się na południe wyspy drogami wzdłuż wybrzeża. Po dotarciu do Svaneke odnajdujemy lokalny browar produkujący, między innymi, piwo czekoladowe. Stąd dalej do Nexo, zahaczając o Netto. Noc zaplanowaliśmy na polu namiotowym nr 6 na terenie winiarni. Był to nasz czwarty, a zarazem ostatni nocleg na wyspie i trzecie miejsce, w którym otworzyliśmy sezon.

Dzień piąty 1.05.2013 - żegna Nas słoneczny dzień

Poranek jakby cieplejszy, przyzwyczajamy się już do temperatury w nocy i do obolałych barków nad ranem. Dzień zaczynamy jak zwykle od pakowania rzeczy na rowery, śniadania i... porannej toalety. Dziś bez pośpiechu, w sumie dzień jak co dzień, jedziemy do Nexo skąd o 17:30 odpływa nasz prom do Kołobrzegu. Jedziemy znaną z pierwszego dnia trasą przez plaże Dueodde. Na niebie nie ma ani jednej chmurki i wszystko dookoła wygląda zupełnie inaczej. Największą różnicę widać na plaży, gdzie kolor wody przenosi nas wprost na lazurowe wybrzeże. W Nexo jedziemy do Netto po duńskie słodycze, wydając wszystkie pozostałe w portfelach korony. W porcie zjawiamy się ponad 2 h przed wypłynięciem, jemy pasztet i opalamy się na rzeźbie, która po dziś dzień nie wiemy co przedstawia. Na promie zdecydowanie luźniej - nie było żadnej zorganizowanej wycieczki i sami Polacy więc film instruktażowy oglądamy w jednej wersji językowej. Do tego film Maska oraz tragiczny film Mały, który na szczęście przerwano na rzecz meczu Ligii Mistrzów. Przy stoliku rozmawiamy z małżeństwem ze Słupska, które zwiedzało wyspę na piechotę. Podziwiamy - nam by się nie chciało, zwłaszcza z takimi plecakami. W Kołobrzegu cumujemy o 22:00. Pierwsze kroki kierujemy na znany nam już kebab, następnie na pole namiotowe.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Gdańska.