Przybywamy promem z Sassnitz. Jest nas czworo: Agnieszka, Tomek, Mateusz (6 lat) i Karol (4 lata). Cztery rowery i dwie przyczepki. Planujemy objechać całą wyspę poruszając się wbrew wskazówkom zegara. Ruszamy!
Jedziemy rowerówką w stronę Dueodde, wiodącą niestety wzdłuż głównej drogi. Odjeżdżamy do Aakirkeby i zwiedzamy Dolinę Echa - uroczą stromą ścieżką można dotrzeć do Rytterknaeten, najwyższego punktu wyspy. Nocujemy w Aakirkeby.
Rano ruszamy dalej ku plażom Dueodde, piękną drogą przez pola, z dala od ulic, wiodącą przeważnie w dół. Plaże urocze i, ku naszemu zdziwieniu, puste - mimo że podobno 70% turystów właśnie tu wypoczywa. Najbardziej jednak jesteśmy zaskoczeni czystością i przejrzystością wody, kąpiel w takiej wodzie w trzydziestostopniowy upał - bezcenne!
Ruszamy dalej. Po drodze zatrzymujemy się na wyjątkowo smaczną rybkę w uroczym Snogebaek. Docieramy do Nexo. Największą atrakcję tego miasta stanowi dla nas spacer w cieplarni z tysiącem latających dookoła kolorowych motyli, czyli Sommerfuglepark. Wystarczy trochę cierpliwości i można być świadkiem niezwykłego procesu budzenia się motyla do jego tygodniowego życia.
Będąc z dziećmi na Bornholmie nie sposób ominąć Joboland, jeden dzień więc przeznaczamy na zabawę: w wodzie, na placach zabaw, dmuchańcach, w labiryncie i na minigolfie. Jest wesoło.
Droga raz w dół, raz w górę, ale jeszcze w miarę delikatnie. Widoki przeurocze, rekompensujące wszystkie podjazdy. Docieramy do Gudhjem. Bezpośrednio z kempingu wiedzie przeurocza kamienista dróżka nad samym morzem prosto do portu i centrum miasteczka. Wędzony śledź w wędzarni w Gudhjem... Mhmm, warto zapłacić bajońską sumę za Fisketbufet, proszę samemu sprawdzić.
Najbardziej męczący dzień naszej wyprawy. Podjazdy i zjazdy, z ogromną przewagą tych pierwszych. I wiatr, wiejący rzecz jasna w twarz. I jeszcze rowerówka okazuje się bocznym pasem drogi głównej... Mało przyjemnie. Na szczęście po drodze odpoczywamy na skałkach Heligdomskipperne. Odkrywamy strome schodki w dół prowadzące do malutkiej zatoczki z kamienistym wybrzeżem, otoczonej wysokimi pionowymi skałami. Promień słońca akurat oświetla to miejsce, zaprasza nas do zejścia. To nasze magiczne miejsce i magiczna chwila, krótka niestety. Za chwilę miejsce staje się zwyczajne, odchodzimy. Drewnianą kładką idziemy do groty, czeka nas jeszcze zejście po stromej drabinie i wkraczamy w ciemność. Ciekawe przeżycie.
Hammeren, najpiękniejsze miejsce na wyspie. Wrzosowiska, urwiska, widoki nie do opisania. To trzeba koniecznie zobaczyć samemu.
Powrót do Ronne to najpiękniejszy z kolei odcinek trasy rowerowej. Miejscami najtrudniejszy, bo to tu jest legendarny 22% zjazd ze schodkami i kilka podjazdów 14% i 17%. Trasa jednak wiedzie w większości nad samym morzem, im bliżej Hasle, tym ładniej. Docieramy o zachodzie słońca.
W deszczu, niestety, docieramy do Ronne.
Wyprawa bardzo udana. Dzieci niezwykle dzielne: Mateusz samodzielnie przejechał całą trasę, 125 km. Karol przynajmniej połowę trasy zrobił na własnym rowerku. Mimo, iż byliśmy prawie dwa tygodnie, to za mało, żeby zobaczyć wszystko. Z pewnością za kilka lat ponownie się tam wybierzemy :-)